Adrian Mierzejewski – gwiazda i promotor Sydney FC

Dziennikarz z internetowej redakcji The Sydney Morning Herald odwiedził Adriana Mierzejewskiego na jednym z treningów, niecałe dwa tygodnie po walentynkowej porażce w Azjatyckiej Lidze Mistrzów z trzecim zespołem koreańskiej ligi.


Gdyby nie logo sponsora na błękitnych koszulkach, zespół Sydney FC wyglądałby jak podczas każdego innego porannego treningu. Był letni poranek w środku tygodnia na plaży Balmoral, gdzie zawodnicy przechodzili rekonwalescencję po niespodziewanej porażce u siebie z Suwon Bluewings w Azjatyckiej Lidze Mistrzów. Otaczali ich emeryci, grupy matek, młode rodziny i lokalni surferzy. Sesja przebiegała w spokojnej atmosferze, większość graczy była zadowolona ze swojej niemal anonimowości – z wyjątkiem jednego.

O popularności

Adrian Mierzejewski był jedynym zawodnikiem zaczepianym przez dzieci z prośbą o zdjęcia. Pomimo swojej pierwsze porażki w barwach Sydney, poczuł ulgę z powodu zainteresowania. „W końcu.” – powiedział. Po kilku pierwszych miesiącach bycia twarzą w tłumie największego miasta Australii, seria błyskotliwych występów wciągnęła Mierzejewskiego w światło reflektorów. I cieszy się, że tam jest.

Zanim pojawił się w Sydney przed startem sezonu, ledwo mógł robić zakupy w Turcji, Arabii Saudyjskiej lub w Polsce, a powodem była nieustanna uwaga fanów. Było to kłopotliwe w momentach, gdy trzymał w jednej ręce torby z zakupami, a w drugiej zmęczone dzieci. 41-krotny reprezentant Polski doskonałe jednak zdawał sobie sprawę ze skutków ubocznych sukcesów na boisku.

Kiedy byłem młody, marzyłem o tym, więc cieszę się z fotek i podpisywania autografów” -mówi. „Pewnego dnia będę do tego tęsknił, więc chcę zrobić tyle, ile się da, i sprawia mi to radość, kiedy ludzie mnie rozpoznają, kiedy widzę dzieci z koszulkami z moim imieniem na plecach„.

O hitowych koszulkach

Przez większą część ostatnich czterech lat, Sydney FC miało w swoim składzie znakomitych zawodników, ale tylko kilku z nich można było nazwać rozpoznawalnymi, a jeszcze mniej nazwisk było gwiazdorskimi. Od nadejścia Grahama Arnolda w 2014 r., Sydney odeszło do kontraktów z gwiazdami, by skupić się na jakościowym zrównoważeniu drużyny. Zaowocowało to wywalczeniem mistrzowskiego tytułu w 2017 roku. Ale Mierzejewski zdecydowanym krokiem wychodzi z tłumu.

Już teraz koszulka z jego numerem jest wśród najczęściej sprzedających się trykotów klubowych. Liderem sprzedaży pozostaje napastnik Bobo, a wiceliderem jest Alex Brosque (kapitan). Za koszulką Polaka znajduje się zeszłoroczny zdobywca medalu Johnny’ego Warrena, Milos Ninkovic.
Mierzejewski stał się sklepowym hitem w krótkim czasie od wprowadzenia koszulki do oficjalnej dystrybucji, chociaż na najwyższą formę Polaka i złapanie właściwego rytmu trzeba było poczekać do grudnia. Pozostałe trzy nazwiska na na szczytach sprzedaży były jednymi z głównych twórców mistrzowskiego tytułu w poprzednim sezonie.
Od nowego roku zainteresowanie replikami z numerem 11 tylko rosło, o co zadbał były gracz Al Sharjah, wykręcając w statystykach 6 asyst i 10 bramek w 17 meczach ligowych, w których żaden nie zakończył się przegraną Sydney.

O geście po bramkach

Po każdym trafieniu Mierzejewski przybiera charakterystyczną postawę, gdy podczas świętowania pokazuje swoje bicepsy. W zespole Sydney to rzadki pokaz indywidualnego gestu, niewidzianego w „cieszynkach” od czasów Alessandro Del Piero.
Początki zachowania sięgają przygody w Arabii Saudyjskiej, kiedy grał dla lokalnego giganta Al-Nassr. Jeden z żartów treningowych został przeniesiony na murawy boisk. „Trzy lata temu, w trakcie obozu przedsezonowego, zacząłem robić pompki, a koledzy żartowali, że mam duże bicepsy” – mówi. „Teraz robię to dla mojego syna, który mówi mi przed każdym meczem, by świętować„. Fani szybko podchwycili gest, który stał się rozpoznawalny nie tylko wśród kibiców Sydney. „To dobrze. Muszę zdobywać więcej bramek, by uczynić go bardziej popularnym” – mówi. „Mam nadzieję, że dodadzą to do gier z serii FIFA.

O piłkarskim idolu

Mierzejewski wykazuje wrodzone zrozumienie roli zawodowego piłkarza w współczesnej branży rozrywkowej. Wiele z tego ma związek z człowiekiem, na którym się wzorował. Pomimo dorastania w małym miasteczku w północno-wschodniej Polsce, jego bohaterami nie byli bohaterowie jego kraju, tacy jak Zbigniew Boniek, Grzegorz Lato czy Kazimierz Deyna. Zamiast idoli swoich rodaków wolał kontrowersje, jakie wiązały się z Diego Maradoną. „Miałem kilka starszych filmów, które zawsze oglądałem. A na nich  mecze Maradony na mundialu w 1990 roku„. To wtedy poczuł, że gra to nie wszystko, a każdy zespół musi mieć przynajmniej jednego showmana. „To nasza praca, ale to także hobby” – mówi. „Lubię cieszyć się grą i dlatego to robię … Po prostu grałem w ten sposób, odkąd byłem młody.

O frekwencji w A-League

Jest prawdziwym talentem, równie biegłym w obu stopach. W ciągu kilku chwil przemieszcza się pomiędzy wieloma pozycjami, prześlizguje się przez ciasne przestrzenie rywali, wystawia przestrzeń na dla kolegów, a do tego posiada lepsze statystyki, niż kilku innych napastników w A-League. W grudniu wygrał w derbach 5:0 na Wanderers, zdobywając dwa gole, w tym jeden z potężnego rzutu wolny.
Jedyne, czego żałował, to fakt, że bramka padła przy stadionie zapełnionym ledwo do połowy. „W ubiegłym sezonie na ANZ Stadium było 61 000 widzów, ale ostatnio już tylko niepełne 30 000 osób” – mówi. „Oczekuję czegoś więcej, nie powiem, że byłem rozczarowany, ale chciałem czegoś więcej.” Nie chodzi tylko o uwagę wszystkich nad jego grą, ale o samą promocję piłkarskich rozgrywek. „To trochę frustrujące. Myślę, że jako gracze nie możemy więcej zrobić” – mówi. „Jesteśmy pierwsi w lidze, wygraliśmy Puchar FFA. Myślę, że fani, powinni bardziej docenić to, że widzą najlepszy zespół w historii A-League na żywo.

Zdjęcie: a-league.com.au

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *