Melbourne z dwoma klubami w półfinałach

Kiedy w Europie wszyscy ziewają z nudów, bo w największych ligach mistrza zna się już od grudnia, w A-League kończy się margines błędów. W play-offach nie ma już drugich szans. Dwudziesty ośmy weekend z trzynastą edycją A-League, dwa spotkania i 5 bramek. Ten z kultową przewrotką Besarta Berishy.

  • Melbourne City – Brisbane Roar 2:0 (skrót)

    (Mauk 59′), (Fitzgerald 90+1′)

Melbourne zaczęło sezon, jakby chciało stać się pierwszą ekipą, która zapewni sobie wejście do rundy finałowej. W październiku zespół Joyce’a wygrywał co weekend. Zdarzyły się też dwie zawstydzające serie bez punktów 3 kolejki z rzędu. Za to świetny przełom stycznia i lutego (z strzelającym Budzińskim), poprawiony dobrym początkiem wiosny (tej europejskiej), zapewnił awans z trzeciego miejsca, na którym zresztą City spędziło większość sezonu.

Z kolei Brisbane budziło się długo, pierwszą wygraną odnosząc dopiero w 7 kolejce właśnie z City. Fani Roar nie mieli łatwo. W klubie zmagano się z kontuzjami i kontrowersjami z VAR, po drodze przytrafiła się wstydliwa wpadka w eliminacjach do Azjatyckiej Ligi Mistrzów i koszulko-afera, mozolne odrabianie punktów od stycznia, powrót Henrique, zaskakująca wygrana z drużyną Mierzeja, a na końcu awans w ostatniej chwili z 6 miejsca.

I wszystko na nic. Zespół Johna Aloisiego umieścił się w roli statystów, nie oddał przy tym żadnego strzału, który zostałby uznany na próbę skierowanie piłki w stronę Deana Bouzanisa. Samo City oddało ich 21, a pierwszą bramkę i tak sprezentował im Jack Hingert, który swoim kiksem oddał piłkę Bruno Fornaoliemu. Ostatni raz taka sytuacja przytrafiła się Brisbane w listopadzie 2015 roku. Wynik jest najmniejszą możliwą karą, do której swoją nieskutecznością przyczynili się sami gracze Warrena Joyce’a. Po raz pierwszy od sezonu 14/15 pokonali Roar w trzech meczach z rzędu, co jednak nie zostało zauważone wśród samych kibiców. W frekwencji nie zawiedli za to jedyni, prawdziwi ultrasi na AAMI – kultowe już mewy.


  • Melbourne Victory – Adelaide United 2:1 (skrót)

    (George 63′), (Berisha 89′), (Mileusnic 57′)

Dla obu klubów wyjście na murawę AAMI Park było 350 meczem w historii swoich występów w A-League – taki sam pułap osiągnęło Mariners, a Brisbane Roar uzbierało jeden występ więcej. Ostatni raz na etapie play-offów Victory i Adelajda zetknęły się w Grand Final sezonu 08/09. Obecny trener Jets, Ernie Merrick, poprowadził Melbourne do jednobramkowego zwycięstwa i drugiego w historii klubu trofeum. We wszystkich dotychczasowych (7) starciach obu klubów w rundzie finałowej, aż sześć razy górą było Victory – w tym 2 wygrane finały.

W sezonie zasadniczym zespoły podzieliły się remisem i po jednym zwycięstwie dla każdej ze stron. Ekipa Kevina Muscata, żeby Adelajdę skrzywdzić, musiała porwać się na coś ekstra, wyczyn magiczny. By stanąć w półfinale naprzeciwko Adriana Mierzejewskiego – na moment przed odgwizdaniem dogrywki – wyprodukowali przedniej urody gola autorstwa tego, który może i jest już w słusznym wieku, nie biega jak dawniej, i marnuje setki, ale odpala wtedy, gdy Victory najbardziej tego potrzebuje. Besart Berisha.

Kosowianin skradł nagłówki w najbardziej niezwykły sposób. Swoim akrobatycznym trafieniem zrównał się pod względem ilości bramek (10) w play-offach z dotychczasowym rekordzistą, byłym zawodnikiem Victory, Archie Thompsonem. Dla Berishy był to 17 gol zdobyty przeciwko Adelajdzie, co jest wyprzedzeniem własnych rekordów – 16 bramek strzelonych Mariners i Perth. Z obecnie grających zawodników nikt nie może równać się podobnymi liczbami, także pod względem 116 oczek w 184 meczach A-League.

Czerwonym nie pomogła nawet obrona Victory, która przy szybko wznowionej grze po jednym z fauli nie zauważyła samotnego Nikoli Mileusnica. W meczu odgwizdano 46 fauli, bardziej waleczne były tylko marcowe derby Melbourne z 54 przewinieniami. Adelajda nigdy nie wygrała spotkania w rundzie finałowej, rozgrywanego poza Australią Południową, przegrywając wszystkie osiem meczów i zdobywając w nich tylko 4 gole.

Zdjęcia: a-league.com.au

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *