O takich półfinałach A-League nie śnili nawet najwięksi fani

Jeśli ćwierćfinały z zeszłego tygodnia uznano za szczytową formę A-League, to o półfinałach w australijskiej lidze mówiło pół świata. Dwudziesty dziewiąty weekend z trzynastą edycją A-League, dwa spotkania i 8 bramek. Ten z niemożliwym skorpionen Rileya McGree.

  •  Newcastle Jets – Melbourne City 2:1 (skrót)

    (McGree 57′), (Hoffman 75′) – (Fornaoli 14′)

Każdy, kto nie mieszkał w jaskini, lub miał dostęp do internetu, prawdopodobnie widział rzadkiej urody trafienie z 16 metrów piętą przez Rileya McGree. Skorpion 19-latka w błyskawicznym tempie obiegł social media na całym globie, z miejsca ustawiając byłego gracza Adelajdy i Club Brugge w roli faworyta do nagrody Puskasa i autora najsłynniejszej bramki na boiskach A-League w historii.

Gdyby cofnąć się w czasie do Newcastle z końcówki kwietnia zeszłego roku, wylądowałoby się w doszczętnie rozbitym klubie, który od stycznia do końca sezonu zdołał skompletować tylko dwa zwycięstwa. Wszystko zmieniło pojawienie się Erniego Merricka na ławce trenera.

Przy mądrej polityce kadrowej dyrektora technicznego Lawriego McKinny i stabilności finansowej zapewnianej ze strony właściciela, chińskiego milionera, Martina Lee, klub w rok pokonał drogę od „drewnianej łyżki”, niechlubnej „nagrody” dla klubów z ostatnich miejsc, do półfinału rundy finałowej A-League, bijąc przy tym wszelkie rekordy klubowe.

City wciąż nie posmakowało finału A-League, chociaż Bruno Fornaoli znajduje drogę do siatki Jets w każdym meczu, jeśli tylko pojawi się w wyjściowym składzie – 10 bramek w 7 spotkaniach z rzędu przeciwko Newcastle. W swoim ostatnim teście oddali na bramkę Jets ledwo 4 strzały, co ostatni raz przydarzyło się im w listopadzie przeciwko Sydney.
Przed wyjściem na murawę statystyki przemawiały za Melbourne. W ćwierćfinale sprawili, że Brisbane zakończyło mecz bez nawet jednej próby strzału w stronę Lawrence Thomasa. W sezonie zasadniczym City dwukrotnie pokonało zespół Merricka, a raz podzieliło się punktami.
Porażka w Newcastle była jednocześnie pierwszą od lutego 2016, jaką przeżyło City na McDonald Stadium.


  •  Sydney FC – Melbourne Victory 2:3 (skrót)

    (Nigro 24′, sam.), (Antonis 95′, sam.) – (Barbarouses 31′), (Troisi 47′), (Antonis 117′)

Nawet najlepiej opłacany scenarzysta hollywoodzkich hitów nie wymyśliłby fabuły, jaka rozegrała się na Allianz Stadium. Półfinałowy Big Blue miał wszystkie niezbędne elementy konieczne do tego, by mógł zostać anegdotą wspominaną w Australii po latach. W roli głównej, lub ekstraktu całego starcia, wystąpił Terry Antonis, który w ciągu 12 minut wstąpił do piekła, by skończyć noszony na rękach. Na moment przed użyciem sędziowskiego gwizdka, kończącego spotkanie, wpakował piłkę do własnej siatki, a kilka chwil później zdecydował się na samotny, rozpaczliwy wręcz rajd z połowy boiska w stronę Andrewa Redmayne’a, by ostatecznie zapisać się w historii A-League.

Victory okazało się sensacyjnym zwycięzcą – ostatni raz zdołało pokonać Sydney w styczniu 2016 roku. Zawodnicy Błękitnych ledwo ukrywali w przedmeczowych wywiadach pewność końcowego rezultatu. Ich alibi były liczby wykręcone w trakcie sezonu zasadniczego – rekordowe 20 zwycięstw, które wywindowały zespół Grahama Arnolda na 14 punktów przewagi na drugą ekipą w tabeli. Porażka w rundzie finałowej była dopiero drugą na przestrzeni ostatnich 29 meczów na stadionie Allianz.

Wydawałoby się, że Sydney idzie po swoje, tymczasem od początku spotkania zgrzytała wymiana podań między liniami. Zadziałał efekt kuli śnieżnej – brak rozegrania od strony O’Neilla i Brillante skutkował odcięciem od podań Adriana Mierzejewskiego i Milosa Ninkovica, przez co Bobo samotnie błąkał się na przodzie. Z kolei Zullo, przy braku asekuracji ze strony Serba, nie mógł rozwinąć swoich umiejętności na skrzydle.

Doszło do tego, że Mierzejewski, odpowiedzialny za 55% bramkowych akcji zespołu w sezonie zasadniczym (gole i asysty różnego stopnia) musiał ratować się trafianiem do siatki Victory przy pomocy… zawodników Melbourne. Dwie samobójcze bramki jednego zespołu zdarzyły się w historii A-League dopiero po raz szósty. W półfinale piłkę za linię bramkową umieszczali wyłącznie gracze Kevina Muscata, niezależenie od tego, czy chodziło o własną, bądź przeciwną bramkę. Tym samym Victory przerwało okres, trwający od listopada 2015 roku, gdy nie potrafili zdobyć więcej, niż jednego gola w spotkaniach z Sydney.

Zdjęcie: a-league.com.au

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *